KSIEGA KLASY A Jak to sie stalo? Idea zorganizowania zjazdu klasowego chodzila po glowie kilku osobom od dawna. Odbyly sie, co prawda, dwa ad hoc spotkania: jedno u naszej wychowawczyni, w zamierzchlej przeszlosci, kiedy bylismy jeszcze na studiach i drugie, niestety, po jej pogrzebie. Wtedy jeszcze nie myslelismy o zebraniu sie, odnalezieniu wszystkich wspoltowarzyszy doli i niedoli z gottwaldowskich lat 1968-72. W polowie lat 90. kilkoro z nas zdalo sobie - z mieszanymi uczuciami - sprawe, ze zbliza sie cwiercwiecze naszej matury. Jak wiadomo, magia liczb konczacych sie na zero lub piec jest zwiazana z ewolucyjnie przypadkowym faktem posiadania przez nas po piec palcow u konczyn. Wkrotce znaczna czesc ludzkosci (oprocz co bardziej religijnych Zydow i muzulmanow) swiecic bedzie wsrod szalenstw i potokow szampana koniec wieku i koniec millenium - lub ich poczatek dla mniej dekadenckich obywateli tego swiata - okragle rocznice zwiazane z mylnie zanotowana data narodzin Jezusa Chrystusa. Wtedy tez Polacy, Czesi i Wegrzy beda dumnie utwierdzac sie w swej europejskosci, jako swiezo upieczeni czlonkowie NATO - i w poczekalni do Unii Europejskiej. Skoro tak, uznalismy, ze i nam wolno "obejsc" nasza prywatna, zbiorowa rocznice. Pierwszy konkretny krok w tym kierunku - w odroznieniu od wczesniejszych pogaduszek, ze moze by tak co i zasiac - zostal byc moze poczyniony 1 stycznia 1996 roku. Bylo to w domku jednej z nas, niedaleko od miejsca, gdzie lacza sie Mississippi z Missouri. Zatrzymal sie tam po drodze do Kalifornii inny byly "A-klasowicz". Mial to byc w zasadzie wspolny Sylwester, ewentualnie, jak dawniej, brydz. Z Sylwestra nic nie wyszlo: gosc wpadl gdzies na granicy Indiany i Illinois w burze sniezna i kiedy jego dzieci radosnie obwiescily iz doliczyly sie stu przewroconych samochodow, poddal sie i zatrzymal w przydroznym motelu. Brydz tez byl - nastepnego wieczora i z innych powodow - umiarkowanie udany, wiec, korzystajac z wolnego czasu, dwojka kombatantow odtworzyla liste naszej klasy. To byl poczatek, zarodek spotkania po latach nas wszystkich, ktorzysmy wyszli razem z warszawskiego XIV Liceum imienia Klementa Gottwalda, a wstukana wowczas w komputer lista stala sie zarodkiem zamieszczonej w tej Ksiedze. Oczywiscie miedzy zarodkiem a owocem byla dluga droga, ktorej przejscie zajelo ponad rok. Zaczac latwo: w epoce poczty elektronicznej i internetu wyslanie lisciku do dowolnej liczby osob sprowadza sie do parokrotnego klikniecia mysza. Jednak w wielu przypadkach nie obeszlo sie bez mozolnego, dlugotrwalego sledztwa i mimo wysilkow, sprawa wygladala nie najlepiej. Przelom nastapil wiosna 1997 roku. Spotkalismy sie 9 maja w Novotelu, po raz pierwszy od dwudziestu pieciu lat w tak licznym gronie - dwanascie osob, prawie wszyscy obecni wtedy w Warszawie; w Novotelu, poniewaz jedna z nas jest tam glowna ksiegowa, nadto byla tak uprzejma, ze zgodzila sie wziac na siebie cala czarna robote. Bylo to przyjemne zebranie organizacyjne, z szampanem i jedzonkiem. Zostaly wypelnione ostatnie "biale plamy" (z wyjatkiem Marka, ktorego dokladnych wspolrzednych nie udalo sie ustalic; patrz rowniez ponizej). Niezbedne decyzje zostaly sprawnie podjete znaczna wiekszoscia glosow. Byla to tez poniekad proba generalna: czy zdolamy sie rozpoznac? Na ogol nie bylo klopotow. Cztery tygodnie pozniej, w restauracji tegoz Novotelu, w Warszawie, na rogu Zwirki i Wigury i 1-go Sierpnia, w piatek 6 czerwca 1997 roku, pojawila sie dwudziestka gottwaldowcow, wszyscy obecni wtedy w Polsce, 74% pierwotnego skladu. Bylo tez dwoje nauczycieli, nasza polonistka i nauczyciel rachunku prawdopodobienstwa. Oboje, trzeba przyznac, postarzeli sie nieco. Ale porownujac ze stanem obecnym wywieszone na scianie fotografie z lat szkolnych, moglismy rownie dobrze powiedziec to samo o sobie (oczywiscie z wyjatkiem dziewczat). Z drugiej strony, juz po godzinie przebywania razem, dziesieciolecia, ktore uplynely od matury, skurczyly sie niemal do zera - wszyscy stali sie tacy, jak dawniej, wrazenie obcosci mijalo, a obraz sprzed lat, odcisniety w naszych umyslach, zlewal sie z aktualna percepcja; zdawalo sie, ze siwizna, lysiny i zmarszczki na naszych twarzach maja wiecej lat niz my, a skoro jestesmy tacy sami, tedy klamia fotografie. Na zjezdzie wyglosilismy stojac w kregu slow kilkoro o sobie, a potem, coz bylo robic, rozmawialismy, jedlismy, pilismy - niektorzy (na szczescie, nieliczni) nadmiernie, co przyplacili nazajutrz straszliwym bolem glowy. Ale wodka zostala, co swiadczy wymownie o przejsciu w naszym gronie ze slowiansko-celtycko-germansko-nordyckiej kultury piwa i wywaru z kartofli na szlachetniejsza, srodziemnomorska kulture wina. Szczegolne podziekowania naleza sie Teresie, ktora udostepnila nam swoj przyjazny lokal i krotko mowiac, wszystko na miejscu zorganizowala. Olek skompilowal nadeslane zyciorysy, a takze odnalazl/wywolal/wydrukowal mnostwo starych i nowych zdjec. Urszula przygotowala okladke. Sergiusz spisal, jak umial, cala historie, w czym wydatnie pomagal mu Staszek i wielu innych (wielkie im dzieki), ktorzy nadeslali komentarze i sugestie poczta elektroniczna. Staszek tez niestrudzenie mobilizowal nas do wydajniejszej pracy, zwlaszcza Sergiusza, leniwego pisarza. Po co to wszystko? Jak pisze jeden z nas, ta Ksiega "moze spelniac kilka funkcji: kompendium dla nas, zrodlo historyczne dla naszych dzieci, jak rowniez conversation piece, czy po prostu fajne czytadlo dla wszystkich". Wysunal tez "propozycje nastepnego zjazdu, w 30-lecie matury, np. w czerwcu 2002 roku, co nie wyklucza oczywiscie mniejszych, nieoficjalnych imprez w tzw. miedzyczasie". Jedna z nas uznala, ze "sugestia spotkania na 30-lecie matury jest Œsuper¹ i warto juz teraz rozeslac wiesci, aby w roku 2002 kazdy spodziewal sie spotkania w czerwcu: warto byloby moze takze spotkac sie wczesniej, jesli nie wszyscy, to moze chociaz ci, ktorzy beda aktualnie w Warszawie". Tak, tak zrobimy. Ci, ktorzy posluguja sie internetem, niech zapisza nastepujacy adres: http://www.cwru.edu/artsci/math/szarek/XIVLO/home.html. Beda tam, uaktualniane na biezaco, telefony, adresy itp. i rozne nowinki; wszelkie zmiany i jakiekolwiek istotne informacje nalezy przekazywac wlascicielowi tej strony za posrednictwem kogokolwiek, kto posiada adres elektroniczny. Sa tez, oczywiscie, telefony. Spedzilismy razem zaledwie cztery lata. Dluzej zylismy przedtem, w roznych miastach i wsiach, jeszcze dluzej potem, po ukonczeniu Gottwalda. Jednak byly to lata szczegolne, formacyjne. Dzis wiemy juz, kim jestesmy, a przynajmniej staramy sie w to wierzyc. Mamy zawody, stanowiska, zony, mezow i dzieci, mnostwo osobistych historii do opowiedzenia. Ale nadal, z niejaka duma, wspominamy nasza szkole. Dzieciom, przyjaciolom i sobie samym opowiedzmy, jak to bylo. Jak bylo w naszej szkole? Pewnego dnia otworzyly sie drzwi, wyszla z nich kobieta i powiedziala: "mlodziez, za mna". Bylo to l0 lat, a dokladniej, 11018 dni temu. Kobieta byla mloda (dla nas, oczywiscie, bardzo stara), szczupla blondynka, a drzwi prowadzily do budynku XIV Liceum Ogolnoksztalcacego imienia Klementa Gottwalda w Warszawie przy ulicy Nowowiejskiej 37. Wspomniana mlodziez, czyli my, czekala na egzamin wstepny. Byl, powtorzmy, rok 1968, czerwiec; niespelna trzy miesiace po Marcu, ktory nastapil po Pazdzierniku a, jak sie potem okazalo, przed Grudniem i Sierpniem. Niewielu z nas (co zrozumiale) zawracalo sobie wtedy glowe historia - przeszla, aktualna, a zwlaszcza przyszla. Dla nas dostatecznie historycznym, donioslym wydarzeniem byl egzamin. Co najmniej trzy sprawy wymagaja wyjasnienia. Pierwsza rzecz, kim byl Klement Gottwald i co z tego wynikalo? Otoz byl on, powiedzmy, czechoslowackim Bierutem, postacia niezbyt sympatyczna. Jednak w naszym przypadku nie wynikalo z tego nic, a przynajmniej nie to, czego mozna byloby sie spodziewac po takim patronie. Ba, wrecz przeciwnie: XIV Liceum nalezalo do najbardziej liberalnych w Warszawie, a moze i w calej Polsce. W gre wchodzila tradycja i niepisana umowa. Warto pamietac, ze dyrektor naszego liceum odmowil wydania milicji uczniow, ktorzy uczestniczyli w marcowym protescie studentow; wkrotce odszedl wiec na przedwczesna emeryture, ale jego liberalne poglady przetrwaly, przynajmniej za pierwszych lat rzadow jego nastepczyni. Slabo rozumielismy wtedy szkolno-polityczne zawilosci. Wiekszosc z nas uwazala za naturalne to, ze nie musimy nosic fartuszkow (jak w Zamojskim), ze wolno odrabiac lekcje na przerwach, grac w brydza (o zgrozo, karty!) w specjalnej pakamerze, a nawet wydawac (do czasu) gazetki scienne o politycznym zacieciu - slowem, slabo zdawalismy sobie wtedy sprawe z tego, ze zyjemy w Polsce zwanej z orwellowska "ludowa". Po drugie, nie kazdy dzis wie, czym byly dwie specjalne klasy matematyczne - A i B - utworzone w naszym, stalinowskiego imienia XIV Liceum. Owszem, w szkolach srednich sa dzis tzw. profile - mat- fiz, przyr i hum - ale matematycznosc dzisiejszych mat-fizow ma sie nijak do naszej. My bowiem bylismy obiektem unikalnego eksperymentu. Nie bylo w naszych klasach jednej, "rozszerzonej" matematyki, ale liczne matematyczne przedmioty, nauczane przez wykladowcow z Wydzialu Matematyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego, m.in.: analiza, algebra, geometria aksjomatyczna i afiniczna, teoria mnogosci i elementy topologii, rachunek prawdopodobienstwa i programowanie. Na naszych lekcjach analizy budzace powszechna groze calki i rozniczki byly chlebem powszednim, a humanista bojacy sie pierwszej pochodnej (o kolejnych nie wspominajac) wydawal sie nam Untermenschem, albo dziwakiem, ktory, owszem, godzi sie dodawac, ale z niejasnych powodow odmawia odejmowania. Do specjalnych klas matematycznych trzeba bylo zdawac specjalny egzamin. Oto jedno z zapamietanych zadan: mucha, ktora chce przespacerowac sie po powierzchni szescianu, szuka najkrotszej drogi miedzy dwoma najbardziej oddalonymi wierzcholkami; jaka to droga? Otoz, wystarczylo narysowac tzw. siatke szescianu, co, nawiasem mowiac, umie byle humanista: A oto inne zadanie: udowodnij, ze jesli pomnozy sie dwie liczby, z ktorych kazda jest suma kwadratow dwoch liczb calkowitych, to tez otrzyma sie sume kwadratow dwoch liczb calkowitych. Rozwiazalo je tylko dwoch kandydatow. Jeden, mimo iz zdal egzamin wstepny, zrezygnowal; jego rodzice, ludzie wrazliwi, odwiedzili Burse Szkolnictwa Zawodowego (o ktorej ponizej), gdzie mieliby zostawic syna. Drugi uczyl sie z nami, potem ukonczyl studia matematyczne na UW; wyjechal z kraju do Ameryki na post-doc (tak to sie tam nazywa) i dotychczas nie powrocil, pozbawiajac w ten sposob narod polski swojej potencjalnie cennej osoby. Byloby zwykla nieuprzejmoscia wobec reszty kandydatow twierdzic, ze rozwiazanie tego zadania wymagalo szczegolnych uzdolnien, choc skadinad wszystko na to wskazuje. Z drugiej strony nie sposob pojac, jak wiekszosci udalo sie go nie rozwiazac, bo z dzisiejszej perspektywy wydaje sie ono calkiem proste. Wystarczy zauwazyc, ze (a^2 + b^2)(c^2 +d^2) = (ac + bd)^2 + (ad - bc)^2. £atwo wyjasnic, jak wychodzac od postawionego problemu, wydedukowac te wlasnie rownosc. Ale skadinad wiadomo, ze slowa "wystarczy zauwazyc" byly zawsze ulubiona odzywka matematykow, ktorzy chetnie, jak to sie mowi, wyjmuja krolika z kapelusza. Ma to swoje uzasadnienie. Przypomnijmy, ze Sherlock Holmes z reguly zwlekal z wyjasnieniem swojemu drogiemu Watsonowi, jak doszedl do rozwiazania konkretnej kryminalnej zagadki. Bal sie nieuchronnego komentarza: alez drogi Holmesie, to bylo oczywiste! Wszystkie zadania na naszym egzaminie wstepnym byly rownie latwo- trudne, wymagaly nie tyle wiedzy, co inwencji. Tak czy inaczej, przyjecie do klas A i B XIV Liceum bylo nobilitacja i zapowiedzia dalszej kariery. Zdumiewa, jak rozeszly sie nasze drogi, ilu absolwentow Gottwalda nie mialo pozniej do czynienia ani z matematyka, ani pokrewnymi dziedzinami. Kto chcialby wiedziec, co przydarzylo sie nam przez nastepne trzydziesci lat, niech zapozna sie z zyciorysami zamieszczonymi w tej ksiedze (w tej wersji, w jakiej zostaly nadeslane). Trzecia kwestia wymagajaca wyjasnienia, to spoleczne okolicznosci nauki w Gottwaldzie. Zacznijmy od spraw mniej przyjemnych. My, geniusze, pochodzilismy z calej Polski, czesc mieszkala wiec w internacie przy ulicy Raszynskiej 8, zwanym nieco staromodnie Bursa Szkolnictwa Zawodowego. Wielu ze zgroza wspomina to ponure miejsce, cos w rodzaju poprawczaka o zlagodzonym rygorze. W tygodniu, od godziny 17.00, obowiazywala godzina policyjna, wyprawa na wlasna reke do kina lub teatru wymagala wiec nie lada pomyslowosci. Pewnego razu wspolwiezien z klasy B zostal przylapany, jak z butami w reku wracal przez okno w lazience na pierwszym pietrze. Pierwsze pytanie tzw. wychowawcy brzmialo: "ile kioskow dzisiaj obrobiles?". Gra w brydza byla oczywiscie zakazana, jako jeszcze jedno kryminogenne zajecie (jak powiada przyslowie: "od rzemyka do kozika, od kozika do konika, a potem na szubienice"). Wyjscie na turnieje bylo zatem nie mniej ryzykowne od wyprawy do teatru. Nie znaczy to, ze nie umielismy sobie radzic, ale w koncu, czy o to w zyciu chodzi, zeby pokonywac absurdalne przeszkody? Odpowiedz brzmi: nie, nie o to w zyciu chodzi, ale tak, niestety, w zyciu bywa, nawet dzis, po upadku komunizmu. Przyznac wypada, ze nie tylko do teatru wymykali sie pensjonariusze zakladu przy Raszynskiej 8. Wiekszosc dostawala comiesieczne stypendium. Dla czesci kazda wyplata byla jasna jak jutrzenka w Zywcu, a jej skutki tak nieuchronne, jak kac. Ale, jak pisze uczestnik owczesnych libacji, "nawet wino popijalismy wytrawne, po 70 zl za butelke, choc wiekszosc naszych rowiesnikow na imprezach wolala patykiem pisane po 21 zl.". Pewnego dnia rzecznik grupy rozrywkowej pojawil sie w szkole sam. Wychowawczynie poinformowal, ze "koledzy zjedli konserwe rybna i sie zatruli". Jedno i drugie bylo prawda; liczyl na to, ze potocznie nie odroznia sie koniunkcji od implikacji. Mial charakterystyczne, wyzywajaco-ironiczne spojrzenie. Nie wiemy, czy juz wtedy czytal Biesy, ale "stowarzyszenie hilozoistyczne", ktore zalozyl, mialo wszelkie cechy tajnego sprzysiezenia (jednego z nas na te okolicznosc przesluchiwala potem Sluzba Bezpieczenstwa). Porzucil nasza szkole, a pozniej zostal dzialaczem PAX: niezbadane sa wyroki losu i ludzkie gusta. Innym razem, po spozytkowaniu stypendium, zaglebiono sie na ulicy Raszynskiej w debate na temat romantyzmu. "Niech prysnie przesad swiatlo cmiacy", zawolal jeden z uczestnikow, tlukac smialo klosz od lampy i konczac tym samym biesiade - lub sympozjum, jak powiedzieliby Grecy. Po latach jeden z nas podal poczta elektroniczna nastepujaca definicje: "Pochodna imprezy jest ilosc butelek wodki, jakie mozna kupic za oproznione butelki po wodce. Impreza jest dobra, jezeli druga pochodna jest wieksza od zera". Z poprawka na rodzaj trunku uznac nalezy, ze ulica Raszynska kontynuowala stare, dobre tradycje, siegajace Uczty Platona. Autochtoni z Warszawy rzadko brali udzial w towarzysko- intelektualnym zyciu internatu (internetu wtedy jeszcze nie bylo), co nie oznacza, by tworzyli odrebna kaste. Laczylo nas wiele, a najwazniejszym czynnikiem jednoczacym byla wspolnota losu mniejszosci przeciwstawionej dominujacej, humanistycznej masie. Poruszalismy sie po wrogim terytorium. Paradowali po nim erudyci i piekne kobiety, a nauki scisle miano tam za nic. W swiecie zdominowanym przez humanistyke, gdzie dwoja z matematyki uznawana jest za powod do dumy, nasze zalety stawaly sie, paradoksalnie, wadami - swiadectwem "ograniczenia". Nawet w naszej szkole spotykalismy sie z przejawami antyracjonalistycznego ostracyzmu. Pewnego razu ogladalismy wspolnie z innymi klasami zalecony przez kuratorium film (moze byla to Wojna i pokoj, a moze Opowiesci o Leninie). Siedzace z tylu kolezanki z rownoleglych klas C i D dla mniej rozgarnietych ciagnely nas za wlosy wolajac: "hej, matematysie"; niektorym zapadlo to w pamiec, wraz z irytacja polaczona z przykrym poczuciem winy. Nie jest wykluczone, ze za wlasnym przyzwoleniem padlismy ofiara stereotypu matematyka, dla ktorego piekny moze byc tylko szereg Fouriera lub krotki ciag dokladny. Ale, z drugiej strony, ktory z nas nie pamieta imponujacego biustu pewnej niematematyczki, nawiasem mowiac pozniejszej aktorki w jednym z najslawniejszych polskich teatrow? Nie bylismy, oczywiscie, infantylnymi mozgowcami, kompletnymi ignorantami w sprawach plci. Ale trzeba przyznac, ze w naszej hierarchii wartosci liczyl sie przede wszystkim intelekt spychajacy na dalszy plan charakterystyczny dla wieku nastoletniego wybujaly seksualizm i jego uzupelnienie w postaci kultury rock-music. Nie znaczy to, izbysmy sie nie interesowali rockiem. I wsrod nas istnial oczywisty podzial na zwolennikow Beatlesow i Stonesow, jednak nasze ulubione rozrywki pozalekcyjne byly umyslowej natury, jak brydz i debata przy piwie, lub kontemplacyjne, jak muzyka klasyczna, a co najmniej "intelektualizujaca". Nie sposob nie wspomniec o naszych nauczycielach. Nasza oddana wychowawczynia byla niezyjaca juz pani od historii, dobry czlowiek i wspanialy pedagog. Duzo da sie o niej powiedziec, same dobre rzeczy, m.in. to, ze godnie podjela wyzwanie, jakim musielismy byc dla nauczycielki przedmiotu humanistycznego. Jej przedwczesna smierc stanowila smutne zaskoczenie. Ci z nas, ktorzy przyszli na pogrzeb, zrobili to nie z poczucia obowiazku, ale zwyklej, ludzkiej sympatii. Mielismy tez, oczywiscie, nauczycielke polskiego. Byla ostra i wymagajaca, ale widac w niej bylo zawsze respekt dla naszej wiedzy matematycznej - niekiedy spod oschlej skorupy wygladalo jej dobre serce. Po tragicznej smierci Janka Zubka mowila o swoich wyrzutach sumienia, ze za bardzo gnebila go za zycia. Lubila nadawac przezwiska, jednego z nas nazywala "Manius" i wyraznie sprawialo jej to przyjemnosc. W pierwszej klasie postawila nam siedem dwoj na pierwszy okres - placz i zgrzytanie zebow, wiele osob balo sie, ze wyleci ze szkoly. Czworki zaczely sie pojawiac dopiero w klasie trzeciej. Dbala nie tylko o to, bysmy czytali lektury, ale takze o nasz ogolny rozwoj. Co miesiac mielismy obowiazkowa prasowke - Kultura, Polityka, Zycie Literackie - regularnie chodzilismy do teatru na wazniejsze przedstawienia, potem pisalismy recenzje. Jakkolwiek nasza pani od polskiego okazywala wiele cierpliwosci czytajac wypracowania wybitnych niehumanistow, mielismy poczucie, ze ma nas, ogolnie rzecz biorac, za tumanow, ktorzy nigdy nie zrozumieja, ze od p piekniejszy moze byc sonet Szekspira lub psalm Salomona. Nie bylismy jednak zupelnie niewrazliwi na zew literackiego piekna. Jeden z nas przezyl gleboko Boska komedie i w wypracowaniu napisal: "gdy mu sie nadarzyla taka gratka, jak swiezy trup, nie mogl sie w zaden sposob powstrzymac". Geografii uczyla nas osoba nader zyczliwa mlodziezy - zwalismy ja Pasikonikiem. Oboz wedrowny z nia na Wybrzezu Szczecinskim po klasie trzeciej wspominamy jak najpiekniejsza przygode. Cieplo myslimy tez o Zyrafie, nauczycielce biologii, osobie nader sympatycznej, ale dosc wymagajacej. Kto poza specjalistami wie, ze nietoperze i naczelne maja takie samo lozysko, w odroznieniu od kotowatych z lozyskiem popregowym; ze lancetnik to po lacinie branchiostoma lenceolatum; ze mitochondria to energetyczna fabryka komorki; ze koliber z gatunku Oreotrochillus Chimborasso jest endemitem stokow wulkanu Chimborasso w Ameryce Poludniowej. Choc wiekszosci z nas ta przyrodnicza wiedza nie przydaje sie do niczego, czujemy przeciez, ze bez niej bylibysmy ubozsi. Wyjatkowa osoba byla nasza nauczycielka francuskiego. Miala legendarny notes, z ktorego wywolywala nas do odpowiedzi. Kochala swoj przedmiot oraz generala Charlesa de Gaulle¹a (kiedy umarl, plakala przez tydzien bez przerwy). Preferowala staromodna lecz skuteczna metode pamieciowa. Jej uczniowie rozpoznaja sie natychmiast - na Alasce, w Oksfordzie i Kuala Lumpur - kiedy tylko wyrecytuja wkuty na zawsze tekst o Paryzu: "La Seine traverse Paris et le partage en deux rives: la rive gauche et la rive droite. Sur la Seine il y a trente deux ponts et deux Óles, L¹Óle de la Cite et L¹Óle Saint Luis ..." i tak dalej, szesc bitych stron. Ilekroc ktos haniebnie pomylil "n" z "m", krzyczala: "trzy laski, trzy laski, ty idiot/k/o!" Spoznialscy musieli wyrecytowac rytualne: "Je suis en retard a faute de la communication" (co z dzisiejszej perspektywy niektorym z nas wydaje sie polonizmem). Umiala uczyc, co, jesli chodzi o jezyki, jest w polskich liceach prawdziwa rzadkoscia. Wielu z nas jest dluznych Madame po dzis dzien. Nie przepadal za nami nauczyciel przysposobienia obronnego, a my nawzajem nie przepadalismy za jego przedmiotem. Wykladal strategie i taktyke zbiorowego zabijania, z elementami zimnowojennej indoktrynacji. Do jego obowiazkow nalezalo tez przymusowe musztrowanie nas przed pierwszomajowa defilada, cwiczenie kroku i entuzjastycznych okrzykow. Upodobal sobie zwlaszcza (moze z uwagi na popularne nazwisko) jednego ucznia, ktorego pytal na kazdej lekcji, m.in. o urzadzenie zwane lacznica polowa. Uczen ow w pelni odwzajemnial uczucia mistrza, tj. szczerze go nienawidzil. Ale czyz nie o to wlasnie chodzi w sztuce wojennej? Cnota zolnierska nie jest wszak przyjazn do drugiego czlowieka, ale duch bojowy, walka i nienawisc. Wykladowcy niematematycznych przedmiotow scislych na ogol nas szanowali. Fizyk pozyczyl od jednego z nas ksiazeczke Alberta Einsteina Istota teorii wzglednosci i nigdy nie oddal. Traktowal nas normalnie, uczyl przedmiotu jakbysmy byli zwyczajnymi uczniami; jesli dostarczalismy mu jakis szczegolnych satysfakcji, skrywal je starannie. Podobnie jak nasza wychowawczyni, historyczka, umarl mlodo. Nie wypada nie wspomniec o nauczycielce chemii. Byla urocza, rozchichotana, troche korpulentna. Siadywala na wprost pierwszej lawki, gdzie co raz pudrowala sobie nos, nieustannie straszac tzw. wizytacja i wychwalajac nieprzecietne zdolnosci swego synka z klasy B. Zaslynela podyktowanym do zeszytow zdaniem: "tluszcze stale z wyjatkiem tranu rybiego sa pochodzenia zwierzecego". Kiedy zaprotestowalismy, tlumaczac, ze tran nie jest tluszczem stalym, odparla: "No to mowie przeciez, ze z wyjatkiem". Po krotkiej dyskusji wycofala sie: "Ach, kochani, piszcie sobie jak chcecie". Byla doprawdy urocza. O tluszczach stalych nigdy nie zapomnimy, zawsze tez budzic w nas bedzie instynktowny lek slowo "wizytacja". Plec zenska traktowala po macoszemu uwazajac, ze dziewczeta nie sa dosc inteligentne, by dorownac kolegom i dostac piatke, chocby rownie dobrze odpowiadaly. Och, to przypadek, uznala pani od chemii, kiedy jedna z nas zaliczyla bezblednie wszystkie pytania. Nasi nauczyciele przedmiotow matematycznych byli bardzo rozni. Jedni traktowali nas rzeczowo, jak studentow. Inni uwazali, co wiecej, prace z nami za swego rodzaju misje na rzecz talentu. Taki byl nasz niedawno zmarly geometra, swiec Panie nad Jego dusza, jak powiedzieliby chrzescijanie, blogoslawionej pamieci, jak dodaliby Zydzi. Patrzac na jego lekcjach na tablice postronny obserwator "nie zrozumialby nic, nawet cienia tego, czym jest nic" (tak Emma wyjasniala Muminkom, czym jest teatr). Jego ezoteryczny jezyk symboli opisywal geometryczna aksjomatyke Tarskiego, niepojeta dla profanow i nie majaca nic wspolnego z jakkolwiek rozumiana szkolna geometria. Wyklad rachunku prawdopodobienstwa byl, podobnie, dzielem zapalenca, choc w innym, mniej profetycznym stylu. Nieliczni uwazali nauczanie rzekomo genialnych gowniarzy za zajecie dosc podle (moze odreagowywali skryte kompleksy). _le jest mowic krytycznie o zmarlych, ale nie sposob pominac ekscentrycznej postaci naszego wykladowcy analizy. Wysoki, szczuply, malomowny, sylwetka przypominal nieco filozofa Leszka Kolakowskiego lub literacka postac Sherlocka Holmesa. Kiedy siadal z zalozonymi nogami widac bylo, ze ma klopot z zakupem spodni odpowiedniej dlugosci. Jego ust nie opuszczal ironiczno-pogardliwy usmieszek. Uczyl nienajgorzej i znal sie na rzeczy (a takze na brydzu, i to na swiatowym poziomie), ale najwyrazniej mial awersje do "matolow", w tym, ex definitione, do nielicznych kobiet. Moze uwazal je za wybryk natury; byl niewatpliwie typem mizogina - jak bysmy dzis powiedzieli, male showinist pig. Meskiego "matola" traktowal bardziej ulgowo, ale w zenski egzemplarz wpatrywal sie jadowitym wzrokiem bazyliszka, od czego delikwentce miekly umysl i kolana. Jedna, istotnie, zemdlala, co nasz analityk uznal za niezbyt wlasciwy stosunek do funkcji ciaglej, zwlaszcza ciaglej jednostajnie. Nie wstal nawet, ograniczyl sie do ironicznego usmiechu i ledwie dostrzegalnego wzruszenia ramion. Ofiare wynioslo czterech kolegow. Jeden, najbardziej zaangazowany, zostal potem lekarzem. Wiele da sie opowiedziec anegdot o tamtych latach i o naszej klasie. W e-mailowym lisciku jedna z nas trafnie napisala: "Mielismy fajna klase, o czym przekonalam sie duzo pozniej". Nie jest jasne, czyj portret - Gierka czy Gomulki - rozbil jeden z nas na glowie drugiego, nie jest tez pewne, o co naprawde poszlo (o prestiz, o kobiete, a jesli nawet nie, to bez watpienia byl to pokaz meskiego wspolzawodnictwa). Inny kolega, przyszly architekt, z uporem malowal poczet krolow polskich, powieszony potem na scianie w pracowni historycznej. Niby nic nadzwyczajnego, ale kto, powiedzcie prosze, namaluje konia jak trzeba, o krolu nie wspominajac? Moze kierowaly nim pobudki patriotyczne. Ale tak naprawde nigdy nie wiadomo, dlaczego tworca tworzy. Po prostu musi. Byli wsrod nas, podobnie jak w klasie B, zapaleni muzycy - mowi sie, ze talent muzyczny idzie w parze z matematycznym, podobny uklad neuronalny. Jedna kolezanka grala na skrzypcach, ktos inny na pianinie, nawet na przerwach. Przasne kanapki jednej z nas - kaszanka i salceson - bardzo smakowaly innym, o czym do dzis pamietaja. Pewien ekscentryk z wlasnej inicjatywy lepil po nocach z papieru wielosciany foremne i przynosil je do szkoly, zeby udowodnic jakies twierdzenie. Brydz byl - czesto nadal jest - nasza ulubiona rozrywka. Kiedys w brydzowej pakamerze kolo szatni jeden z nas pstrykal zapalkami przed nosem drugiego, bardziej flegmatycznego niz stu Anglikow. Pstrykajacy nie reagowal na ostrzezenia pstrykanego. To, co stalo sie potem, bylo straszne. Obaj momentalnie lezeli na podlodze, jeden dusil drugiego z mordem w oczach. Rzucilismy sie na pomoc, dzieki czemu duszony moze zajmowac sie teraz budowaniem sieci telekomunikacyjnych (inwestuje m.in. na Ukrainie, utrzymuje tez, ze jego dzialalnosc na Bliskim Wschodzie byla prawdziwym powodem wkroczenia armii irackiej do Kuwejtu). Dusiciel zostal wiceministrem w pierwszym niekomunistycznym rzadzie Europy Wschodniej; reformowal banki, a teraz doradza jednemu z nich, wolno sadzic, ze nie bezinteresownie. Wiekszosc zostala w Polsce, inni rozjechali sie po swiecie - obecnie "na obczyznie" przebywa osiem osob, a dalszych piec mieszkalo poza Polska przez dlugie lata. Robimy rozne rzeczy. Bylismy i/lub jestesmy: adwokatami, antyklerykalami, architektami, astronomami, automatykami, autorami ksiazek, bankowcami, biznesmenami, brydzystami, burmistrzami, chemikami, docentami, doktorami, doradcami, dyrektorami, dzialaczami partyjnymi (w obu ustrojach), dziekanami, ekonomistami, elektronikami, emigrantami, energetykami, felietonistami, filozofami, fizykami, frustratami, geodetami, geofizykami, hotelarzami, hydraulikami, imigrantami, internowanymi, inwalidami, inzynierami, klerykalami, korepetytorami, koszykarzami, krotkofalowcami, ksiegowymi, laureatami, lekarzami, lekkoatletami, magistrami, malarzami pokojowymi, matkami, mezami, ministrami, ministrantami, muzykami, narciarzami, nauczycielami szkolnymi i akademickimi, nieinternowanymi, nieprawicowcami, ogrodnikami, ojcami, ojczymami, opozycjonistami, ping-pongistami, pletwonurkami, politykami, posiadaczami ziemskimi, prawicowcami, profesorami kazdego rodzaju, programistami, psychologami, publicystami, rozwodnikami, rowerzystami, socjologami, speleologami, stolarzami, strzelcami, stypendystami, surfingowcami, taksowkarzami, taternikami, tenisistami, teologami, tlumaczami literatury, turystami, urzednikami panstwowymi, wiezniami politycznymi, wioslarzami, zeglarzami, zonami, a nawet zawodowymi matematykami. Wielu z nas zmienialo zawod/zajecie lub uprawia po kilka naraz, trudno wiec o porzadna statystyke. Warto moze dodac, ze z nadeslanych curricula vitae nie wynika, izby ktos okazal sie zlodziej/em/ka, policjant/ka/em, ladaczni/ca/kiem, sutener/em/ka lub osoba pobierajaca podatki. Wszyscy ukonczylismy studia wyzsze, co wystarczy, by uznac nas za bardzo niestatystyczna populacje. Minelo trzydziesci lat. Dwa razy udalo sie zorganizowac zjazd kolezenski, raz szczatkowy, potem, na cwiercwiecze matury, bardziej kompletny, czego owocem jest ta ksiega pamiatkowa. "Jest naprawde godne podziwu, ze znalazlo sie wsrod nas kilka osob, ktore wlozyly tyle wysilku, aby nas na nowo skontaktowac" - pisze jedna z nas z sasiedniego, polnocnego kraju. Dotarlismy do wszystkich poza jednym kolega, ktory przebywa obecnie w krainie kangurow. Dziwne to miejsce. Mieszkaja tam sprzeczne z natura torbacze, Boze Narodzenie obchodzi sie latem, a slonce porusza sie po niebie counter-clock-wise. Byc moze mimo wszystko uda sie nam przeslac mu te ksiege. Zylismy dlugo i nadal zyjemy - wszyscy - co jest kolejnym statystycznym ewenementem. Nie wiemy, jaki procent 19-latkow z roku 1953 powinien dozyc chwili obecnej. Wiadomo jedynie, ze kiedy przyszlismy na swiat, oczekiwana dlugosc zycia w Polsce wynosila zaledwie 58,6 lat dla mezczyzn i 64,2 dla kobiet. Kiedy robilismy mature, 15-letni mezczyzni mogli liczyc na 69,6 lat zycia, a kobiety 76,1, zas dla 30-latkow liczby te wynosily, odpowiednio, 70,7 i 76,5. Zwazywszy niewielkie przyrosty wzgledne mozna interpolowac (liniowo), ze my, owczesni 19-latk/owie/i, powinnismy dozyc, odpowiednio, 69,8 i 76,2 lat. Obecnie statystyczny 45-letni mezczyzna umrze w polowie sierpnia roku 2023, a kobieta na poczatku sierpnia roku 2030. My mozemy liczyc na nieco wiecej (fakt mieszkania w wielu krajach dodatkowo komplikuje statystyki), ale nieuchronnie odejdziemy z tego swiata jakies 2035-40 lat po Chrystusie, moze wczesniej, moze pozniej. Nie ma juz XIV Liceum im. Klementa Gottwalda, jest XIV Liceum im. Stanislawa Staszica. Zmienil sie patron, zmienila sie tez szkola. Nie poslemy do niej dzieci, chocby i dlatego, ze z reguly sa juz za stare, mieszkaja w innych miastach, krajach, na innych kontynentach. Eksperyment na nas przeprowadzany zakonczyl sie. Niestety, nie jest jasne, jaki byl jego wynik, bo najwyrazniej zapomniano o grupie kontrolnej. Sic transit gloria Gottvaldis, sed non tota, lecz nie nam wypada o tym mowic. Warszawa, 1 sierpnia 1998